PODRÓŻY CIĄG DALSZY- MONGOLIA

  Posted in Bez kategorii on

  by NATI

Trudno o dostęp do internetu,szczególnie w Chinach,gdzie w specjanych rubrykach trzeba wpisywać odpowiednie kody i można korzystać tylko z przeglądarki Internet Explorer. Większość funkcji na poczcie sie nie wyświetla, co często utudnia wysłanie wiadomości. Dlatego też napisanie kilku słów czasem bywa nie prostym zadaniem, a i czasu zazwyczaj na to brak. Wiele osób podróżuje z małym laptopem, łącząc sie przez WIFI wszędzie gdzie jest taka możliwość. Sama się nad tym zastanawiałam i myśle, że dobrze postąpiłam nie biorąc laptopa, bo to żadna jazda:) Zabiera to mnóstwo czasu, a ludzie których widujemy siedzą przeważnie w hostelach całymi dniami dzwoniąc do swoich bliskich (oczywiście to kwestia wyboru), badż na Facebook’u, czego już w ogóle „nie kumam”- ale to ja. Więcej moim zdaniem korzysta się z podróży bez tego, będąc tu i teraz dla siebie, rozmawiając z ludźmi, poza tym posiadanie droższej rzeczy wzbudza niepotrzebne zainteresowanie. Takie jest moje zdanie. 

Tym razem w porządku chronologicznym kilka słow dla tych, którym malł, i tych dla których już za dużo, żeby mieli jeszcze więcej. Jak to czasami bywa zaplanowana wyprawa na pustynię i do jaskiń została odwołana. Agent, który ją organizował (a cena jak na warunki mongolskie, była naprawdę przyzwoita) nie odpowiadał. Poszukiwanie innej agencji,okazywało się bardzo kosztowne,w jednej z agencji za sam przelot na Gobi żądano 1500 USD za osobę- jakaś po prostu kosmiczna cena! Za wyjazd do Parku Narodowego ceny dochodziły do 230 USD za osobę. Po trochę nerwowym poszukiwaniu, każdy z nas, okazało się, miał już trochę inny pomysł: Francuzi zniechęceni przyspieszyli swój wyjazd do Chin i wyjechali już następnego dnia, Australijczyk ze Szwedem, trochę zmartwieni możliwością odwołania wyjazdów z powodu śniegu, znaleźli kosztowny zorganizowany wyjazd połączony z jazdą na koniach, a my postanowiliśmy jeszcze poszukać czegoś na wlasną rekę,bo i tak musimy czekać kilka dni na naszą chińską wizę.  Opłacalność jakiegokolwiek wyjazdu zaczyna się po zebraniu conajmniej pięciu- sześciu osób, wtedy można podzielić koszty przewoźnika, przewodnika (trzeba go także nakarmić) oraz paliwa.Sami więc jakoś (transportem publicznym) dojechaliśmy do Parku Narodowego . Wyjazd ten kosztował nas 7 dolarow –  na dwie osobyJ  Piękna, górska sceneria.Przesiedliśmy się z autobusu do małego mini busa, który po kilku minutach musieliśmy opościć ze względu na oblodzoną drogę pod góręJ Zakopany miniautobusik próbowalismy, wszyscy bez wyjątku, wypchać na prostą, by móc znów spokojnie w min zasiąść i wsród przepoconych od ciężkiej pracy cielsk ogrzać się choć chwilkę.

DSC_0029

Próbujac zapłacić za bilet okazało się, że ządają od nas więcej, niż od miejscowych- rzecz jasna! Na ich nieszczęście wiedzieliśmy ile kosztuje przejazd, więc policzono nas „uczciwie”.W Parku Narodowym miejscowi jeżdzą konno. Można wypożyczyć konia. Poza sezonem w górach spokój, brak turystów, i duże zaiteresowanie miejscowych. Często pytają skąd przyjechaliśmy. Dużo bezpańskich piesków pomimo mrozu włóczy się po wsiach…piękne, lecz wychudzone…zresztą z końmi jest podobnie (tzn. nie włóczą się samotnie, lecz szkapy z nich straszne)…Mieliśmy jeszcze kilka dni, więc zorganizowalismy sobie jeszcze jeden mały wyjazd do pobliskiego miasteczka. Jakieś 60 km od stolicy. Miateczko niewielkie, położone wsród zaśniezonych gór.Calość nie wykorzystana zupełnie, piękność tego miejsca psują dymiące się kominy (podobnie jest w Ułan Bator,to bardzo zanieczyszczone miasto)Poznajemy starszego Pana,który studiowal w Moskwie i dobrze wie gdzie jest Polska, a jeszcze lepiej pamięta koleżankę ze studiów w Moskwie- Panią Danutę..

.

DSC_0164Jak się okazuję-  zima znów zaskoczyła Mongolskich drogowców, śniegu co nie miara,atmosfera swiąteczna, panie odśnieżają główną ulicę szpachelką do kładzenia gipsu….Co dziwne w większości przypadków to jednak  kobiety odsnieżają ulice i chodniki…Pomimo śniegu i mrozu,dużo kobiet nosi okulary przeciwsłoneczne. Słońca w samej stolicy nie jest za wiele. Taka przygnębiajaca ta stolica, i chyba najbrzydsza ze wszystkich dotychczasowych przez nas odwiedzonych…

Jakoś depresyjnie na ludzi wpływajaca mam wrażenie. Ludzie nabuzowani, nerwowi, bez zasad, złośliwiKilka rad Pana,który wyjechał po nas na dworzec się sprawdziło….Przejście rzez ulicę w Ułan Bator rządzi się własnymi prawami niezależnymi od sygnalizacji świetlnej. Przechodzi się na czerwonym świetle, bo zielone pojawia sie rzadko i w zasadzie na nim tez samochody nie przepuszczają pieszych…Co do kieszonkowców, mna szczęście natrafilśmy chyba na początkujacego adepta ,który chciał zwinąc z kieszeni zółte owoce lecznicze które kupujemy na wagę i gotujemy z nich napar, podobne do naszej pigwy….. (pisałam o tym wcześniej)Po kilku dniach następny Mongol próbuje szczęścia i bada tylnie kieszenie spodni, ale tam tez  na szczęście nic nie znajduje. Chodząc z plecakami po mieście,cęsto nie wiedząc kiedy mamy rozpięte suwaki kieszonek. Tak się po prostu dzieje. Dobrze jest się pilnować, ale jakoś szczególniej niż w innych częściach świata. Byliśmy też swiadkami kilku bójek w samym centrum miasta-demona. W ruch szły kombinerki  itd. Szkoda, ze jakis taki dziwny klimat w tym mieście panuje…

DSC_0006

 

Bardzo ciężko tutaj coś wyjaśnić (sądzę, że w Chinach łatwiej) i zamawianie zupy bez mięsa zajmuje 10 minut. Pytanie wszystkich w kuchni, udawanie zwierzaka odnosi marny skutek….
Znaleźliśmy Vegańską sieć „Loving Hut i jemy przysmaki kuchni mongolskiej i koreańskiej,przygotowywane  bez mięsa. Jestesmy tam stałymi bywalcami , więc dostajemy  napoje gratis.
Są ciasta vegańskie, kiełbaski sojowe sprzedawane na wagę.Holender, którego poznaliśmy wcześniej mówił nam o parze belgijskiej z którymi podróżował, także byli wegetarianinami, ale po kilku dniach niemocy jedli już i mięso,  wielbłąda i konia, wyjaśniając to sobie w ten sposób, że jeśli  koń je trawę, to ja moge zjeść konia…..
Rzadko ktoś rozmawia w innym języku niż mongolski. Wiele przez to nieporozumieńJale dzieki temu jest ciekawiej.

Kupując napoje w szklanych butelach (kaucja 50T za butelkę) po kilku dniach postanowiliśmy oddać trzy butelki i kupić jeden napój (koszt napoju 300T). Ekspedientka  nas liczy 1200T, twierdząc, że te trzy puste wypiliśmy jeszcze po drodze do kasy…..
Mongolia to raj dla palaczy,paczka LM kosztuje koło 2,5 złotego.
W sklepach bardzo dużo produktów polskich: wedla czekolady, pasztety, ogórki konserwowe, leczo i tym podobne półprodukty.

Nam w Mongolii szczególnie smakują pierogi nadziewane mięsem lub warzywami, smażone w głebokim oleju.
Poznajemy mała Japonkę. Przyjechała przez Chiny do Mongolii, dalej do Rosji, by spełnić swe marzenie-przejechać się koleją transyberyjską. Dzielna dziewczyna, podróżuje samodzielnie,w lekkich trampeczkach,kiedy w Mongolii kupa śniegu i mróz.DSC_1047
Pamietam tez jak Australijczyk wpadł do pociagu w moskwie w lekkim obuwiu- nie wytrzymał chłop! w Irkucku zakupłl już adadisy (rosyjskie adidasy) na kożuszku za 100USD i skórzane rękawice.Japonka też po pewnym czasie pobytu w Mongolii zainwestowała w gustowne,mongolskie kozaczki prosto z bazaru przy dworcu centralnym.Poznaliśmy Hiszpana, jedząc pewnego razu w swojej ulubionej vegańskiej knajpie. Okazało sie że w mrozie i w zasadzie bez większego zabezpieczenia (mam na mysli ciuchy) i bez kompletnej znajomości języka gośc miał zapał na zwiedzenie calej Mongolii zimą! Może tak i jest, że :”Kto chce ujrzeć tęczę musi polubić deszcz…….”

Wizy chińskie odebrane!-  żegnamy się z  panem od  owoców i juz za chwilę wyjeżdzamy do przejścia z Chinami- a tam nowa przygoda!Bilety na miejsca siedzące do granicy kosztują ok. 25 zł  a podróż zajmuje 15,5 godziny. Pociąg to naprawdę niezły pierdolnik. Eliasz wspominał jak przykuwal plecak łańcuchem już kiedyś gdzieś tam na świecie, ale klimat mongolskiego jest nie mniej ostry! Współtowarzysze pytają  dokąd jedziemy,i le mamy lat, częstują orzeszkami i piwem, pokazują miedzynarodowy znak ciosu w szyję,smieją sie z Eliasza, że jest podobny do diabła……hmm …Sprzedawcy chodzą po pociągu: mają ksiażeczki dla dzieci,krzyżówki, jajka na twardo, ziemniaki, kapustę, kremy, balsamy i tym podobne artykuły na sprzedaż.Jedzą orzeszki i rzucają łupinki na stół i podłogę. Pancia co godzinkę przemywa podłogę w całym wagonie na mokro….Czas kolacji i zaczyna się biesiada. Na przystawkę każdy kupuje jajko na twardo, skorupki lądują na stole, wyciagają słoik kapusty kiszonej i jedzą kapustę z tego samego słoika palcami czestując się nawzajem. Kapusta spada na skorupki, ale nikt sie tym nie przejmuje i dojada to co mu spadlo.W folii zapakowane są ziemniaki w mundurkach z tłustym mięsem, które też się je palcami, a na tym samym stole, ze skorupkami jajek, tłuszczem z mięsa, kapustą,mieszają się obierki ziemniaków….Gość wyciąga flak mongolskiej pasztetowej,który kładzie na tym pieprzniku i wszyscy jedzą z flaka palcami……Pojawia sie butelka ze słonym czajem z tłuszczem, z tego samego kubka 7 osób pije go głośno siorbiąc…Częstują i nas tym wszystkim, wymigujemy się wcześniej zjedzonym dużym obiadem (odmawianie poczestunku jest bardzo źle przyjmowane w Mongolii)Bez słow,nie patrzymy się na jedzących Mongołów,żeby nie być ponownie czymkolwiek poczęstowanym i nie wzbudzać zaiteresowania, bo w sumie itak mamy przerąbane.W nocy gość napoczyna bańkę 20 litrową słonego czaju i wszyscy znów walą czaj z tego samego plastikowego kubka…Jeszcze chwilka i ten koszmar się skończy…Wysiadamy w Erlian o świcie,  śnieżna zawierucha,naprawdę bardzo ciężkie warunki i strasznie wieje śniegiem-bo to przecież pustynia Gobi. Na placu stoją Uazy chyba z połowy świata,k ilka autobusów, trochę nowocześniejszych jeepów….Wszyscy krzyczą,proponując przewiezienie przez granicę,z jedną pancią ustalamy cenę i wsiadamy do starego Uaza. W karoserii olbrzymie szpary tak, że śieg pada wewnątrz. Za oknem -20 stopnii. Siedzenia nie mają tapicerki,siedzi się na metalowej półce. W samochodzie nie ma ogrzewania…..Jediemy za kolumną innych samochodów po wertepach. Widac  Panie stojące na zewnatrz i sprzedajce  gorący czaj ze słoików.Tak dojeżdzamy do granicy Mongolskiej już w 7 osób….Granicę przekraczamy bez kłopotu. Pani z naszego Uaza dba o nas troskliwie a raczej o swoje 100Y (płaci się po przejechaniu granicy) Chwilę potem jesteśmy juz w Chinach…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *